Drogie Panie i nie mniej Drodzy
Panowie zasiadający w redakcji „Jak Jeździsz”.
Chciałabym podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami dotyczącymi roweru
miejskiego, czyli nowego nabytku Miasta Poznania, który od kilku dni jest
dostępny dla wielkopolskich zjadaczy chleba.
Inwestycja, rzecz jasna, na plus – promocja zdrowego stylu życia i
kreowanie wizerunku Poznania jako miasta „know how”. Nic, tylko zacisnąć
kciuki, by projekt rozwijał się dalej i by liczba ścieżek rowerowych przybywała
w co najmniej takim tempie, jak ilość promieni słonecznych/m2 w ostatnim
tygodniu.
Moją wypowiedź ograniczę do
zdania krótkiej relacji z podróży tym środkiem lokomocji. Pomysł roweru
miejskiego w Poznaniu bardzo przypadł mi do gustu, dlatego też kwotę
pozwalającą mi na korzystanie z systemu nextbike wpłaciłam na długo przed tym,
zanim na ulicy pojawiła się pierwsza stacja. Po co ten pośpiech? Jak to – chciałam jak najszybciej
przetestować możliwości roweru! Tak tez
uczyniłam – w pierwszym tygodniu po wdrożeniu systemu postanowiłam skrócić
sobie trasę z Małych Garbar na Śródkę korzystając w tym celu z miejskiego
jednośladu. Instrukcję wypożyczania roweru zrozumiałby średniorozgarnięty
szympans, więc ten element podróży nie przysporzył mi żadnych problemów. W zasadzie sam proces jechania na rowerze,
przyswojony w latach wczesnego dzieciństwa z niemałą pomocą rodzicieli, również
nie powinien sprawiać większych kłopotów. I nie sprawiłby, gdyby nie jeden
szczegół. Kłódka do roweru. Zupełnie standardowe zabezpieczenie, niczym nie
wyróżniające się spośród setki innych. Po odpięciu roweru od stojaka
postanowiłam te kłódkę zamknąć, co wydaje się logiczne, jeśli nie życzy się, by
odbezpieczony „wąż” pałętał się między kołami.
W przekonaniu, że kłódka jest należycie zabezpieczona utrzymały mnie dwa
fakty: pierwszy – charakterystyczne „pstryknięcie” podczas zamykania oraz drugi
– próba siłowa, czyli tzw. „ciągnięcie na chama”. Gdy już zapewniłam sobie podstawowe
bezpieczeństwo, przyjęłam charakterystyczną dla miejskiego roweru pozycję
wyprostowaną i ruszyłam przed siebie. Rozpędziłam się na tyle, na ile jest to
możliwe na tego typu rowerze i spojrzałam w dół, niestety o pół sekundy za
późno. Psikus. Kłódka odbezpieczyła się,
wsunęła między szprychy przedniego koła i zablokowała je. Nietrudno sobie
wyobrazić, co działo się dalej. Gdyby skończyło się na godnym olimpijskiego
akrobaty salcie w przód to pół biedy. Gorzej, że gdy już przyjęłam pozycję
horyzontalną, rower przypomniał sobie o prawie grawitacji i wylądował z impetem
na mojej głowie. Dżentelmeni stojący obok pomogli kobiecie w potrzebie –
próbowali nawet rozładować napięcie żartami typu „ szkoda, że nie tego nie
nagrywałem – film biłby rekordy popularności na youtubie”. Cóż, Pan nie mógł
odżałować nie wcielenia się w reżysera tego krótkometrażowego filmu akcji, a ja
nie mogłam odżałować nowych spodni.
Zakrwawione ręce czekało bliskie spotkanie z wodą utlenioną, obdartą
twarz grubsza niż zazwyczaj warstwa makijażu, a siedem (!) guzów na głowie… No
cóż, czas leczy rany.
Do dziś zastanawia mnie geneza
tego wypadku. Za bardzo wątpliwe uważam błędne zabezpieczenie przeze mnie
kłódki, więc może jakaś wada roweru? W każdym razie przyjrzałam się bliżej –
choć na pierwszy (mylny) rzut oka kłódka wydaje się być trwale złączona z
przednim kołem roweru, to jednak można ją wyjąć. Dbającym o swoje zdrowie
rowerzystom polecam to zrobić i dla świętego spokoju ducha i wszystkich zębów
włożyć ją do koszyka obok innych pakunków poznańskiego mieszczucha.
Patrycja
Dziękujemy Patrycji za nadesłanie relacji, równocześnie zachęcając
wszystkich Czytelników do nadsyłania własnych historii i materiałów na adres
jakjezdzisz@gmail.com |